Jako, że mamy złotą jesień w pełni to trzeba to wykorzystać. Plan jest też taki, żeby na szlaku znaleźć się bez użycia samochodu. Alternatywnych tras jak zawsze było kilka, ale padło na Klomczok bo już dawno tam nie byliśmy. Startujemy po 8 czyli stosunkowo późno, ale trasa łatwa więc nie martwimy się tym zbytnio. Pogoda zapowiada świetny dzień na wypad w góry, chociaż dzień wcześniej zapowiadano na popołudnie deszcz. Zbieramy co trzeba i ruszamy w kierunku szlaku, do którego musimy się przedostać pomiędzy domami. Gdy mijamy ostatni dom, ścieżka prowadzi już lasem. Mocne nasycenie lasu bukami sprawia, że las mieni się przeważnie kolorami miedzi.

Po krótkiej chwili docieramy do miejsca, w którym w lewo odbija czerwony szlak. My jednak planujemy iść niebieskim. Mieliśmy kilka pomysłów na trasę powrotną, ale jako, że nie chciało nam się drałować asfaltem w wariancie powrtonym przez Kołowrót, to stwierdzamy, że z Klimczoka pójdziemy na Błatnią, a owym czerwonym, który odbija w lewo to sobie po prostu wrócimy. Początek trasy jak to zwykle bywa to „robienie” wysokości. Trasa mimo, że prosta i przyjemna to jednak daje we znaki się to, że jest niebywałe ciepło, a wręcz duszno. Takiej pogody się nie spodziewaliśmy. Po pokonaniu już dwóch czy trzech kilometrów idzie się już bardziej w cieniu i jeszcze przyspieszamy.

Mimo, że od kilku dni nie padało, to szlak na niektórych odcinkach jest bardzo mokry. Widać, że zacienienie swoje robi. Ale im wyżej tym już bardziej sucho.

Marsz pod schronisko zajmuje nam 1:40 + trochę czasu na zdjęcia bo robię ich całkiem sporo. W końcu kolory są rewelacyjne🙂 Pod schroniskiem siadamy na chwilę aby coś przegryźć i odkorkować niesioną w termosie kawę. Jest tak wcześnie, że potwierdzamy kurs na Błatnią bo szkoda nam już wracać, tym bardziej że mamy świadomość, iż po powrocie trzeba znowu zasiąść do komputera i zabierać się spowrotem do pracy.

Trasa między Klimczokiem, a Błatnią jest często wręcz oblegana przez ludzi dostajacych się na górę za pomocą kolejki na Szyndzielni. Tym razem okazało się, że na szlaku jest chwilowo wręcz pusto. Szlak pewnie jest większości dobrze znany – jest to trasa bardziej o charakterze spacerowym niż szlak górski. Szeroka aleja zachęca to skorzystania z jej przebiegu.

Do schroniska na Błatniej docieramy szybko i właściwie jedyne postoje to te związane z wyjmowania mi chowaniem aparatu, które przedzielały szybkie pstryki otaczającej nas rzeczywistości. Tutajkolejny raz posilamy się i tą samą trasą, którą przyszliśmy wracamy na Klimczok. Trasa w ogóle jest jedna w tym kierunku więc nie ma tu specjalnie miejsca na dywagacje. W tą stronę jednak trasa wiedzie łagodnie bo łagodnie, ale prawie cały czas pod górkę, więc w tę stronę idzie się trochę wolniej.

Po ponownym dotarciu do schroniska na Klimczoku następuje popas numer trzy – trochę dłuższy niż poprzednie. Jest ładnie, mamy dobry czas więc się nie spieszmy. Ale że kiedyś  ruszyć trzeba to wracamy na szlak i idziemy czerwonym, który początkowo towarzyszy szlakowi żółtemu. Ten kawałek, a zwłaszcza idąc w tę stronę jest zdecydowanie bardziej widokowy niż niebieski. Przebiegająca samą granią oraz przez szczyt Magury mamy świetny widok na całą okolicę z jeziorem żywieckim włącznie.

Od miejsca w którym szlaki się rozdzielające i w którym my odbijamy w lewo (w kierunku wspomnianego na początku skrzyżowania szlaków) powoli wchodzimy coraz bardziej w las, aż w pewnym momencie idzie się już gęstym lasem. Nachylenie nie jest duże, ale jego połączenie ze sporą ilością opadłych liści sprawia, że trzeba uwaźać na co się staje. Zwłaszcza że ten szlak jest chyba w jednej trzeciej usiany luźnymi kamieniami. Kijki dodają jednak konkretnego boost’a na takich odcinkach i to naprawdę czuć.

Po dotarciu do skrzyżowania została nam jeszcze krótka chwila aby wyjść z lasu i pomiędzy budynkami wrócić do miejsca startu. Trasa ma ponad 23km i marsz zajął nam niecałe 6 godzin + postoje (posilanie się plus czas na foty) bo siedziało się bardzo przyjemnie, a zdjęć robiłem sporo bo jesień odkryła wszystkie swoje walory. Poza tym nie było sensu biec, bo i po co? Tempo utrzymywaliśmy równe i wygodne, a w końcu o to chodzi żeby z tego czerpać przyjemność.