Plan zakładał że trasa będzie wyglądała tak: Siwa Polana -> Trzydniowiański -> Czubik -> Kończysty -> Starorobociański -> Ornak i przez Iwanicką powrót na Siwą Polanę. Tradycyjnie już wstajemy o 3:00, a za oknem… mgła i to taka, że nie widać domów sąsiadów. Chwila konsternacji – jechać czy nie jechać? Zapada decyzja, że jedziemy – w końcu sobota miała być ładna. O 4 jesteśmy już u Przemka, który jedzie z nami. W samochodzie podczas z jednej audycji słyszymy, że warunki w Tatrach mają być bardzo trudne – niewiele śniegu, ale dużo lodu. Jednym słowem dla butów za ślisko, a dla raków za mało śniegu, aby wędrować wygodnie. Jednak nie zrażamy się tym, a w dodatku po wyjechaniu z Krakowa okazuje się, że mgieł na drodze już nie ma praktycznie.

                Około 6 jesteśmy już na parkingu – zakładamy buty i ruszamy asfaltem w kierunku Polany Chochołowskiej. Szlak jest banalnie prosty, jednak dramatycznie długi i nudny. Tutaj sprawdza się informacja z komunikatu, bo owy asfalt jest pokryty cieniutką warstewką lodu.

                Po 70 minutach jesteśmy na skrzyżowaniu ze szlakiem na Trzydniowiański. Początek czerwonego szlaku to istne błoto. Mamy jednak to szczęście, że jest ono jeszcze zamarznięte. Krowi Żleb to już ostre zasuwanie do góry. Biegnie on prostopadle do poziomic i dzięki temu szybko nabieramy wysokości. Śniegu mało, a szlak praktycznie bez oblodzeń.

                Kawałek przed szczytem Trzydniowiańskiego robimy mały postój na zdjęcia, baton i coś ciepłego do picia. Ostatecznie okazało się, że to był najlepszy moment, ponieważ później taki postój byłby już niemożliwy. Na szczycie robię kilka zdjęć i okazuje się, że z ich większą ilością jest problem, bo wiatr tak zawiewa śniegiem, że aparat jest nim cały pokryty, w dodatku wieje tak mocno, że trzeba ubrać coś co chroni przed wiatrem – mówcie co chcecie – to jest jeden z tych momentów kiedy doceniam softshell z windstoperem. W czasie jego ubierania wiatr wtłoczył mi we włosy grudki lodu, które od razu do nich przymarzły, ale sytuację uratował kaptur. Od tego miejsca wieje już tylko coraz mocniej. Bywają momenty że trudno się stoi jak i idzie, ale decydujemy, że idziemy dalej. Lodu nadal brak, ale w niektórych miejscach nawianego śniegu jest po kolana. Wiatr coraz bardziej się wzmaga i są momenty, kiedy zamiast iść, to trzeba stać i pilnować by się nie wywrócić.

                Podchodzimy pod Czubik, na którego szczycie wieje już tak mocno, że momentami ciężko jest ustać zapierając się nogami i kijami. Na początku przykucam, licząc, że może cyknę jakieś zdjęcie, ale po kilku ujęciach, wiatr i niesiony z nim lód i śnieg sprawiają, że z przodu obiektywu mam zaspę a nie obraz. Jak się ustawiłem plecami do wiatru to po chwili ten zmienił kierunek sprawiając, że i tak nic nie widziałem bo sypało mi w oczy. Żeby to jeszcze był sam wiatr to może i pół biedy, ale kiedy taki wiatr niesie śnieg i małe drobiny lodu to nie jest już tak fajnie i raczej nie polecam wystawiać na takie działanie twarzy. Chowam aparat, przechodzę kilka kroków i okazuje się że muszę szybko obrócić się na palcach – upadam na kolano (na skałę, ale nie zwracam na to większej uwagi bo w tym momencie to najmniejszy nasz problem) ale przynajmniej nie odfrunąłem.

                Decydujemy więc wracać. Gdyby nie wiatr to na Starorobociańskim bylibyśmy za chwilę. Jednak to ma być przyjemność a nie walka o każdy metr. W dodatku nie ma co ryzykować. Wszyscy których widzieliśmy wchodzących również zawracają. Wracamy więc na Trzydniowiański i żeby nie schodzić tą samą trasą, idziemy czerwonym szlakiem pod Przykrą Kopą do Doliny Jarząbczej.

                Dochodzimy nią do Polany Chochołowskiej, gdzie stwierdzamy, że godzina jeszcze wczesna więc podejdziemy do schroniska się posilić i posiedzieć chwilę. W końcu nigdzie się nam już nie spieszy. W schronisku siedzimy z godzinę lub dwie i wracamy na Siwą Polanę tym jakże nudnym zielonym szlakiem.

Gdyby nie wiatr to plan zrealizowalibyśmy bez problemu – niemniej przy tak silnym wietrze, w dodatku niosącym śnieg i lód w połączeniu z krótkim dniem nie było sensu się spinać. W prognozach pogody wiatr miał mieć 30-55km/h. Na drugi dzień dowiedziałem się, że w którymś z dzienników podawano, że w Tatrach wiatr osiągał ponad 100km/h i uważam tą wartość za całkiem realną, bo dla przykładu kij trekkingowy stawia minimalny opór powietrza, a jednak trzymając go w ręce to wiatr go wykrzywiał – ciężko było go utrzymać w pionie.

Na kilku zdjęciach pod koniec zamieszczam zdjęcia z podciągniętymi ciemnymi elementami i bez tego, dla porównania z warunkami na górze, chociaż tej siły wiatru nie da się oddać na zdjęciach.