Zapraszam do oglądania pierwszej części kadrów z wakacji, które przy okazji były naszą podróżą poślubną🙂 W tej części znajdują się zdjęcia z hotelu, miejscowości Tarajalejo w której owy hotel się znajduje, a także z pieszej wycieczki do La Lajita i Costa Calma.😉 Generalnie od razu spieszę z wyjaśnieniem – bardzo wielu osobom budynki wydadzą się zniszczone (oczywiście wyjątkami są hotele). Sytuacja taka występuje głównie dlatego, że tam ludzie generalnie stawiają sobie zupełnie inne priorytety niż u nas. Tam nikt nie zasuwa na darmowych nadgodzinach, żeby zarobić na remont – natomiast jak najbardziej liczy się spokój, siesta i „posiadówa” przed domem wieczorkiem😉

Ciężko mi opisywać poszczególne partie zdjęć bo jest ich sporo, a wordpress „genialnie” zapomniał o tym, że można by było udostępnić wstawianie więcej niż 1 galerii (bo tylko taka ilość jest możliwa). Więc byłbym skazany na wstawianie ręcznie łącznie kilkuset zdjęć, a Wy aby przejrzeć w trybie powiększonym, musielibyście otwierać każde z osobna. No, ale reklamują się jako „blog dla podróżników” – nawet nie chce mi się szerzej tego komentować (w końcu co innego myśleć skoro nie da się sprawnie napisać relacji z podróży)…😉

Może zacznę od początku, czyli dlaczego Fuerteventura? Generalnie szukaliśmy miejsca ciekawego, o mniej typowym krajobrazie, ale jednocześnie nie przepełnionego turystami. Powiedziałem od razu, że po wyjściu na plażę, nie mam zamiaru przepychać się łokciami, aby wejść do wody. Ta wyspa jest specyficzna i pewnie nie każdemu przypadnie do gustu, ale dla nas był to strzał w dziesiątkę. Widoki jak na Marsie, przy jednoczesnym braku zieleni, mało samochodów, mało ludzi w małych miastach (czy miejscowościach, które czasami wręcz kończą się zanim się obejrzymy po wjechaniu samochodem) i bardzo małej ilości turystów. „Zapchana” plaża oznacza jakieś 30 osób na 3km jej długości (no może poza plażami w Costa Calma, która jest największym (i jedynym typowym) kurortem turystycznym na wyspie). Nie ma się co również spodziewać wesołych miasteczek, teatrów i licznych kin, gdyż tego typu centrum kulturowym Wysp jest Gran Canaria, i to tam trzeba szukać tego typu atrakcji.

Ziemia ma tutaj kolory od czarnego, przez czerwonawy, pomarańczowy aż do brunatnego, a mocny deszcz pada co jakieś 5 lat.😉 Na wyspie nie ma ujęć słodkiej wody, więc jest ona odsalana, natomiast butelkowana dociera promami głównie z Gran Canarii. Wyspa wzięła swoją nazwę od silnych wiatrów, które wieją tutaj praktycznie bez przerwy (zdarza się, że zwiewa nakrycia głowy, okulary i takie tam inne nie przytwierdzone na stałe elementy😉 ).

Odnośnie plaż – generalna informacja podaje, że plaże są „czarne” (kamieniste / kamienisto piaszczyste / piaszczyste). Jednocześnie jest sporo plaż z „tradycyjnym” żółtym piaskiem – tu na czele z Playa de Sotavento, która jest uznawana za jedną z najpiękniejszych plaż na świecie (chociaż ja osobiście wolę czarne i kamieniste). Niemniej jest to plaża zalewowa więc wskazana jest pewna doza ostrożności. W każdym bądź razie są tutaj wg. mnie ładniejsze plaże, które znajdą się w kolejnych wpisach (aczkolwiek wiadomo, że najprzeróżniejszych plaż jest tyle, że aby zobaczyć je wszystkie, trzeba by na wyspie spędzić chyba z rok).

Hotel, w którym pomieszkiwaliśmy czyli Design hotel & Spa R2 Bahia Playa **** sieci R2 Hotels spisał się rewelacyjnie. Pokoje super – czyste, dobrze wyposażone, bezproblemowe. Jedzenie naprawdę smaczne i bardzo różnorodne. Jednym słowem szczerze polecamy.

Tak więc po tym wstępie – czas na zdjęcia: