Pogoda miała być dobra więc ostateczny plan? Babia Góra. Ostatecznie okazuje się że jest po północy więc nastawiamy budziki na 4 rano i po 5 wyjeżdżamy. Podróż mija szybko – droga jest dobra, ale trzeba uważać – szczególnie za Stryszawą (jadąc od strony Krakowa) bo na drodze mimo słońca na niebie, wciąż utrzymuje się tzw. „czarny lód” i asfalt który wydaje się przyczepny wcale taki nie jest. Dojeżdżamy na parking na przełęczy Krowiarki – tu jak zwykle wita nas Pan parkingowy ze swoim radyjkiem🙂 Przyznam, że to miło wiedzieć, że ktoś pilnuje naszego środka lokomocji, a cena za pewny parking nie jest jakaś szczególnie wysoka (10zł za cały dzień). Parking odśnieżony – parkujemy bez problemów, płacimy i przygotowujemy rzeczy. Idziemy. Już na starcie okazuje się iż z biletów nici – budka zamknięta. Wybieramy szlak czerwony. W lesie okazuje się, że wcale nie jest tak twardo jak się wydaje i można się czasem zapaść – w drodze powrotnej to miejsce okaże się wcale nie takie przyjemne, ale o tym później. Szlak przedeptany. W lesie pełno lodu który spadł z drzew – idzie się czasem po kostki w stłuczonych sopelkach. Gdy docieramy na Sokolicę jest tak ładnie i tak ciepło, że aż odechciewa się wszystkiego – nic tylko siedzieć, opalać się i podziwiać widoki. Ale trzeba iść dalej – w końcu to nie szczyt. W każdym bądź razie w czasie naszego pobytu tutaj słychać, że gdzieś osunęło się trochę śniegu – słychać to przez około 8 może 10 sekund. W końcu wraz ze wzrostem temperatury wzrósł również z 1 na 2 stopień zagrożenia lawinowego. Na Kępę docieramy szybko – chyba nawet szybciej niż latem – chociaż po drodze pokonuje się kilka zasp, które są naprawdę spore. Zwłaszcza, że i tak podróżuje się po śniegu który skrywa prawie cały znak oznaczający skrzyżowanie szlaków. Dalsza wędrówka to czysta przyjemność – idzie się bardzo dobrze, bo śnieg jeszcze trzyma. I jesteśmy na szczycie. A tu wieje – ale tu praktycznie zawsze tak jest. Siadamy w słońcu, jemy, pijemy kawę, robimy zdjęcia i stwierdzamy, że schodzimy. Problemem jest słońce – pomiędzy gałęziami kosodrzewiny są pustki bez śniegu, a temperatura zmniejsza jego wytrzymałość – zaczyna się zapadadanie… W pewnym momencie w ogóle poszliśmy po śladach nart co skończyło się ustawicznym zapadaniem, dziurą w spodniach i zgiętym kijem, a także decyzją powrotu na szlak. Raki zdecydowanie zwiększają przyczepność na zejściu. A trzeba przyznać, że osób w rakach można tu zobaczyć dużo. Nie ma się co dziwić – zwłaszcza obok wydeptanego śladu śnieg się świeci gdyż jego powierzchnia w niektórych miejscach to właściwie lodowa polowa. Podczas schodzenia spotykamy 2 użytkowników forum Outdoor.org – jest to o tyle ciekawe, że znaliśmy tylko 1 z tych osób i na dokładkę poznaliśmy się we czwartek w Krakowie. Tak więc niezły przypadek🙂 Schodzenie idzie nam szybko i sprawnie.

Tutaj taka uwaga – po drodze poza osobami, które idą tam ze sprzętem, widzieliśmy też przypadki skrajnej głupoty. Bo inaczej nie można nazwać trzech osób które szły np w trampkach. W ogóle jedna trójka, wśród której była jedna z „trampowiczek” wyglądała jak kopiuj-wklej wprost z miejskiej galerii handlowej. Lekka bluza, podobne spodnie i owe trampki – no „cudowne” ubranie w góry zimą. Przy takim podejściu i odpowiedzialności, nie ma się co dziwić, że GOPR lub TOPR mają czasem pełno wezwań. Uważam, że takim osobom w ogóle nie powinno się udzielać pomocy w razie wypadku – dlaczego ratownicy mają poświęcać swój czas, energię i czasem ryzykować dla kogoś kto nawet nie potrafi się wykazać zdrowym rozsądkiem i przynajmniej próbą zadbania o swoje bezpieczeństwo… a szkoda nawet mówić, kim trzeba być aby iść w takie miejsce w trampkach…