„Stałkologia” czyli nauka o stałkach cz.2 – wywód pt. „dlaczego stałka (przede wszystkim manualna) jest lepsza niż zoom”.

Tytuł przewrotny – muszę to przyznać, aczkolwiek czy zawarte w nim stwierdzenie jest prawdziwe? Większość odpowie, że nie, no bo przecież parafrazując „masło maślane”, to „zoom ma zoom’a”, a ze stałką musimy biegać w te, a we wte. Czyli tracimy na wygodzie. Tracimy też na szybkości, no bo przecież zanim się przybliżymy czy oddalimy, bezpowrotnie mogą nam uciec pewne kadry, których już nie utrwalimy. W stałce manualnej to już w ogóle „czarna rozpacz”, bo nie dość, że musimy się nachodzić, to jeszcze musimy ostrzyć ręcznie… no i nie każdy aparat nam z tym zmierzy światło, nie zawsze działa preselekcja przysłony, więc ogólnie rzecz biorąc najczęściej zostajemy „sam na sam” z trybem M. A jak przecież wiadomo, tryb M to samo zło i nie należy go używać nawet w ostateczności… tzn. żeby nie było – to nie jest moja opinia tylko ogólne przekonanie panujące wśród wielu fotografujących..

Co zatem ma nam dać obiektyw stało ogniskowy, i to wręcz manualny? Odpowiedź może być krótka i zwięzła, brzmiąca mniej więcej tak – „dobre zdjęcia”😉 Oczywiście zaraz ktoś mi zarzuci pisanie dyrdymałów – bo musi się z tym nabiegać, więc i nadenerwować, co samo z siebie sprawi, że zdjęcie zrobi od niechcenia, musi sam wyostrzyć (w dzisiejszym świecie jest to rzecz nie do pomyślenia), sam musi ustawić przysłonę, a nierzadko jeszcze czas, by dopiero móc wcisnąć spust migawki – a to wszystko trwa… A przecież mógł w tym czasie zrobić już 30 innych zdjęć… Tyle że po powrocie oraz zrzuceniu zdjęć na dysk, szybko okazałoby się, że większość z tych zdjęć to same „pstryki”, bez żadnej większej wartości twórczej i fotograficznej – ot kolejna porcja banalnych kadrów ustrzelonych w pośpiechu. Dlatego, jeśli przeanalizujemy to wszystko co napisałem wcześniej, dojdziemy do wniosku, że jest wiele momentów, w których możemy przemyśleć jeszcze raz temat zdjęcia czy jego kompozycję. Odpowiedzcie sobie „z ręką na sercu”, ile razy podeślijcie do fotografowanego tematu mając zooma, którym można sobie ów temat przybliżyć? Każdy mówi, że „zoom to takie wiele stałek w jednym szkle” – tylko prawie nikomu, lub prawie nigdy nie chce się tego wykorzystać, a zamiast tego kręci zoomem. To jednak sprawia, że zdjęcie które pierwotnie zaplanowaliśmy na np. 24mm otrzymujemy ostatecznie na 100 lub 120mm, co sprawia, że nasze zdjęcie wygląda kompletnie inaczej. A to jest stety/ niestety podstawa fotografii. Zoom świetnie się sprawdza w reporterce, gdzie nie ma czasu lub miejsca na kadrowanie. Za to na spokojnych wypadach, gdzie np. fotografujemy dla siebie, wg mnie zoom „ubezmyślnia” – sprawia, że szybko ostrzymy na przypadkowe tematy (no bo w końcu mamy np. super szybki AF w takim szkle), że nie szukamy tematu czy punktu widzenia bo zoom’ujemy, co skutkuje tym iż w efekcie otrzymujemy kolejną kartę pamięci zapełnioną kadrami o niskiej wartości użytkowej. W momencie gdy dysponujemy np. tylko jednym szkłem i w dodatku jest to manualny obiektyw stało ogniskowy sytuacja zmienia się diametralnie. Żeby „przybliżyć” sobie obiekt musimy podejść do niego, w trakcie czego może wpadną nam do głowy jeszcze ze trzy sposoby na jego sfotografowanie. Zanim ustawimy przysłonę i czas możne wymyślimy jeszcze ze dwa, a ostatecznie ustawiając ostrość może się okazać, że i tak musimy zrewidować nasze podejście i może zrobić to jednak inaczej – tak, żeby było po prostu ciekawiej (i lepiej).

Oczywiście to nie jest zasada – są ludzie, którzy używają tylko zoomów i robią wiele świetnych zdjęć – jednak to wymaga bardzo konsekwentnego podejścia do zdjęć. Ja np. sam po sobie zauważyłem, że dużo tych najlepszych zdjęć przywożę z wyjazdów, na które nie mogę po prostu zabrać dużo sprzętu. Oczywiście dobre zdjęcia nie zależą tylko od tego, ale i od ogólnego nazwijmy to „profilu” wyjazdu, czy od jego późniejszej atmosfery. Jednak głównego „oświecenia” doznałem na wyjeździe końcem 2009 roku do Florencji – pojechałem z Nikonem D80 + grip oraz dwoma obiektywami (Sigmą 10-20/4-5.6 oraz Nikkorem AF 50/1.8D), trzema kartami pamięci po 4GB każda i malutką torbą w której była praktycznie tylko ładowarka i ściereczka do optyki. I wiecie co? Generalnie to niczego mi nie brakowało… oczywiście przydałoby się mniej szumiące body, jakieś tele, statyw itd., ale w tamtym momencie jakoś tego nie czułem strasznie dotkliwie i z bardzo wielu zdjęć stamtąd jestem zadowolony (pomijam już fakt, że te zdjęcia wygrały w różnych konkursach i znalazły się na kalendarzach). Doszedłem do wniosku, że mając za dużo sprzętu, więcej czasu poświęcamy na myślenie „czym zrobić dane zdjęcie”, niż na skupianie się na samym zdjęciu. Gdy nasz sprzęt jest ograniczony, używamy tego co mamy i nie „rozwodzimy” się na dywagacje sprzętowe, bo po prostu nie ma na co – mamy go mało i musimy sobie radzić tym co mamy, a to sprawia, że zaczynamy kombinować, co z kolei prowadzi do tego, że przywozimy lepsze zdjęcia🙂