„Obróbka czyli mały dżin cyfrowej ciemni…”

Dziś proponuję podjąć temat obróbki naszego materiału fotograficznego, który to przynosimy ze sobą w gigabajtach na kartach pamięci, czy to po całym dniu pracy nad reportażem czy to po prostu ze spaceru. Jednak o tym co przyniesiemy ze sobą na owej karcie, powinniśmy myśleć jeszcze zanim naciśniemy spust migawki – podstawą w tym miejscu nie jest tzw. „wypasiony” sprzęt foto lecz nasze własne myślenie – dlaczego? Ano bardzo często możemy się spotkać z przekonaniem, że „obróbka może wszystko” „i tak się zaczyna”… Ponieważ pokutuje myślenie, że można zaprzestać myślenia w trakcie robienia zdjęć, a wszelakie niedociągnięcia owego procesu myślowego podratujemy obróbką… BZDURA. Dlaczego z zachwytem oglądamy niektóre zdjęcia? Ponieważ ktoś robiąc je myślał – oczywiście że praktycznie wszystko co dane nam jest do oglądania w internecie, gazetach czy książkach i jest fotografią, jest po obróbce, jednak podstawą do dobrego zdjęcia jest dobry materiał wyjściowy – dobrze skadrowany i odpowiednio naświetlony. Nie da się tak po prostu wziąć „na warsztat” fotografii, która ma np. metrowy back fokus, jest totalnie nieoświetlona, gdzie np. modelka ma cienie pod oczami jak krater na marsie, a to wszystko jeszcze okraszone kadrem bez pomysłu i czyniące całość przypadkowym pstrykiem, obrobić tak żeby zapierało dech w piersiach. Po prostu szmira zawsze będzie szmirą… obróbka z owej szmiry może zrobić albo ciut mniejszą szmirę albo co gorsze – jeszcze większą. Jednak znaczna część ludzi łudzi się, że jak pan sprzedawca czy pani sprzedawczyni wcisnęli im już ten aparat z matrycą posiadającą tryliony megapikseli to zwalnia ich to od kadrowania „bo się później przytnie”… owszem może i się przytnie ale po co sobie już na starcie ucinać np. połowę materiału i z dajmy na to naszych 15MPx wykorzystywać te 7MPx po kadrowaniu? Oczywiście nie mogliśmy nie kupić aparatu bez stabilizacji bo przecież jak to można tego nie mieć – przecież po co wiedzieć o jakichkolwiek zasadach odwrotności czasu w zależności od ogniskowej. Mamy też aparaty z wbudowanym łączeniem zdjęć w panoramy czy też w HDR’y, a co więcej w wykrywanie uśmiechu – jednym słowem, dążymy do wtórnego debilizmu. Nic nie trzeba umieć, elektronika wszystko zrobi za nas, a my możemy być małą bezmózgą istotą, która tylko podąża z punktu A do B naciskając spust migawki. Oczywiście, że technika służy ułatwianiu sobie życia no ale bez przesady – to tak jakby zaprojektować maszynę która będzie sama generować rzeźby i wycinać je w bloku kamienia po czym wszyscy będą do tego wzdychać, bo to przecież podobno sztuka… I teraz najciekawsza sprawa – mimo posiadania tak zaawansowanych głupo-odpornych aparatów większość z ich posiadaczy wciąż nie jest w stanie robić już nawet nie dobrych, ale przynajmniej poprawnych zdjęć. Mamy już wszystkie wspomniane udogodnienia, mamy też nisko szumiące matryce, ale czymże to jest wśród składników dobrego zdjęcia? Czy zawsze zachwycamy się zdjęciem na którym nie ma szumu i jest idealne od strony technicznej, a kompozycyjnie i artystycznie „leży” – czy może jednak lepsze jest zaszumiane, ale super skadrowane foto, z pomysłem, może czasem nawet nie do końca ostre, ale mające „to coś”? W czasach aparatów analogowych nie było tych wszystkich „ułatwiaczy”. Ba – nie było nawet autofocusa i jego setek pól – była matówka z klinem i rastrem i jakoś dało się robić super zdjęcia – moje osobiste zdanie na ten temat jest takie, że kiedyś fotograf skupiał się na zdjęciu (na kolorach, głębi ostrości, na temacie, pomyśle itd. itd.) bo aparat był prosty jeśli chodzi o ilość dostępnych funkcji, co nie oznacza, że robienie dobrych zdjęć było proste – wręcz przeciwnie, natomiast dziś fotograf skupia się na gąszczu przycisków, 10 poziomowym menu, w którym jest 382 funkcje, ustawienia, jeszcze do tego mamy 40 wgranych presetów i zamiast skupiać się na zdjęciu – skupiamy się na obsłudze sprzętu i na pogoni za wciąż lepszymi parametrami… słuszność tego wyboru pozostawiam Wam…