„Epizod z historii tragarza….”

Kolejny odcinek tego cyklu poświęcimy na nasze zmagania ze sferą sprzętu fotograficznego, rozlicznych akcesoriów i kto wie tam czego jeszcze, co nierzadko zdarza się nam ze sobą zabierać np. w plener…

Ogromnie duża część fotografującej społeczności jest wręcz pewna, że kluczem do sukcesu jest dobry sprzęt – owszem, w pewnym stopniu mają rację, jednak jak to często bywa – nie do końca. Dlaczego? Otóż faktycznie są tematy gdzie bez dobrego sprzętu jest dużo ciężej, a może i nawet po prostu ciężko – mam tutaj na myśli głównie „reporterkę” w słabym świetle (czyli najczęściej ciemne wnętrza) czy np. fotografię przyrodniczą, gdzie bez dobrego, długiego i jasnego szkła jesteśmy zmuszeni walczyć o każde setne części sekundy by na naszej karcie nie znalazły się same nieostre zdjęcia. W fotografii przyrodniczej jest oczywiście znacznie łatwiej jeśli chadzamy na otwarte przestrzenie typu łąki rozlewiska – gdzie najczęściej jest sporo jaśniej, niż np. fotografując zwierzynę w środku ciemnego lasu – oczywiście to też nie jest regułą, dlatego, że jak każdy fotografujący wie – najlepiej się fotografuje wczesnym rankiem i popołudniami co zapewnia nam znacznie większe szanse na ciekawe światło, a i sprzyja zastaniu zwierzyny na żerowisku – w tzw. „samo południe” może się okazać że spędzimy kilka godzin na szukaniu czegokolwiek i wrócimy do domu z niczym. I tu dobra puszka (czyt. body – dla niewtajemniczonych czyli najogólniej rzecz biorąc korpus) wraz z dobrym obiektywem potrafią uratować nam „skórę”. Dobry korpus zapewni większą szczegółowość obrazu, a w połączeniu z jasnym obiektywem pozwoli skrócić czasy co znacznie ułatwi proces fotografowania. Korpus z dobrą matrycą to także mniejsze szumy – kto miał okazję fotografować starszymi aparatami (zwłaszcza kompaktowymi przez wzgląd na ich małe ale mocno upakowane matryce) ten wie jak drażniąca jest kwestia tzw. „szumu”, pożerającego w zastraszającym tempie ilość detalu na fotografiach. Oczywiście jak „każdy kij ma dwa końce” tak i tu trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem – lepiej podbić ISO niż nie mieć zdjęcia w ogóle – tym bardziej, że Ci którzy następnie przenoszą swoje fotografie na papier wiedzą, że szum na papierze nie jest tak drażniący, i to co na monitorze wygląda okropnie – na papierze potrafi wyjść bardzo przyzwoicie. Jest to związane głównie z tym, że w erze fotografii cyfrowej przyzwyczailiśmy się do zoomowania na monitorze – w czasach aparatów analogowych nikt nie oglądał odbitek przy 100% powiększeniu, a już nie mówiąc o ludziach przylepionych do monitorów i analizujących powiększenia 200% lub 300%… Tak więc to co na monitorze wydaje się sporych rozmiarów, na papierowej odbitce okaże się drobne (pomijam tu wydruki wielkoformatowe, a skupiam się głównie na tym co większość ludzi ma w swoich domowych albumach czyli odbitki od 10×15 do powiedzmy formatu A4). Jednak często na różnorakich portalach i forach internetowych czyta się „jaki to szum nie jest zły” podczas gdy dziś mało kto wykonuje odbitki papierowe… i właśnie to sprawia, że jeśli ludzie oglądają swoje fotografie tylko na monitorach, nie wiedzą, że na papierze wyjdzie to najczęściej dużo lepiej i „biadolą na szum”.

Kolejną sprawą jest autofocus (zwany dalej najczęściej „AF”) – dobre body + dobre szkło zapewnia znacząco lepsze osiągi AF niż w przypadku słabego zestawu, co jednak w słabym świetle lub przy szybko poruszających się obiektach ma niebagatelne znaczenie.

Jednak pomimo oczywistych zalet dobrego sprzętu, większość ludzi skupia się nie na fotografowaniu, a właśnie na uzupełnianiu swoich braków lepszym sprzętem, licząc, że rozwiąże on wszystkie ich problemy, co oczywiście jest zwykłą naiwnością, ponieważ lepszy sprzęt owszem może pomóc, jednak nie zrobi za nas wszystkiego. I tu kolejny absurd – dawno, dawno temu większość ludzi biegała z aparatami na których mieli poprzypinane obiektywy najczęściej 35, 40 lub 50mm i tyle – dziś okazuje się, że nie mając pokrytego zakresu od np. 15 do 300mm nie da się fotografować, mrugać ani oddychać… ileż to razy można przeczytać rozterki nad tym, że ktoś ma „dziurę 10 czy 20mm ogniskowej pomiędzy jednym a drugim obiektywem i co on teraz zrobi…” – otóż odpowiedź jest prosta – zrobi wszystko… Jak już wspomniałem kiedyś ludzie potrafili chadzać z jednym obiektywem i nikt nie umarł – zapewniam – a wiele fotografii sprawia, że i dziś patrzy się na nie z przyjemnością… I tego właśnie trochę brakuje dzisiaj – dzisiaj tak bardzo skupiamy się na sprzęcie, że czasem chyba już zapominamy o samej fotografii.

Jeśli już przy sprzęcie jesteśmy – to czytajmy instrukcje… wiem, że wielu stwierdzi, że jest to nie poważne, no bo „po co?”. Tylko dlaczego później możemy na forach przeczytać wiele pytań, na które 10x szybciej znaleźlibyśmy odpowiedź w instrukcji, którą przecież dostaliśmy do aparatu. Mam świadomość tego, że kiedyś bywały instrukcje na formacie prawie A6, mające np. 30 stron, włącznie z okładkami, a dziś nierzadko format ten jest dwa razy większy przy czym mamy nie 30 a np. 500 stron tekstu i ilustracji – dlatego, że sam poziom skomplikowania aparatów znacznie wzrósł. Kiedyś ISO wyznaczał nam np. użyty przez nas film, balansu bieli wcale nie było, nie musieliśmy zarządzać wieloma trybami śledzenia AF i całą masą funkcji związanych czy to z zapisem danych na kartę, ich numerowaniem itd. Itd. Jeśli prześledzicie menu jakiejś np. zaawansowanej lustrzanki dziś a takiej która powstała kilka czy kilkanaście lat temu i jest lustrzanką analogową, to odkryjecie ogrom różnic, polegających przede wszystkim na ograniczonej klawiszologii. Jeśli weźmiecie i porównacie np. reporterskie puszki Nikona czyli np. D3 i dawnego analogowego F5, to różnica jest diametralna, mimo wydawało by się niewielkich różnic nazwijmy to wizualnych, gdyż D3, a wcześniej seria D2 i D1 jest praktycznie w prostej linii kontynuacją F5, tylko że na platformie cyfrowej. (jest jeszcze F6 który można by rzec, że został wskrzeszony wraz z premierą D700). A trzeba dodać, że obsługa naszego sprzętu jest nawet ważniejsza od jego jakości czy poziomu – na co nam najlepszy sprzęt skoro nie będziemy potrafili go obsłużyć? Na NIC – jednak znowu mamy do czynienia z ignorancją użytkowników, którym nie chce się przestudiować wspomnianej wcześniej instrukcji.

Kolejną sprawą jest ilość zabieranego przez nas sprzętu w teren. Ludzie zabierają taki aparat, taki i taki obiektyw i ten, i ten, i tamten, i jeszcze z 5 obiektywów „bo się mogą przydać” a do tego statywy, filtry „od A do Z” (też nie ważne, że się nie przydadzą ale „mogą się przydać”) – to sprawia że nasza torba czy plecak foto zaczyna ważyć z 10 czy 15kg co raczej nie sprzyja komfortowi pracy czy podróży z tym, by na koniec po powrocie do domu stwierdzić, że 97% naszych zdjęć powstało jedną puszką i jednym czy dwoma szkłami, a z 20 filtrów które zabraliśmy użyliśmy dwóch. Ja też się przyznam, że kiedyś tak myślałem dopóki nie pojechałem na pewien wyjazd trwający ok. 8 dni przy czym nie miałem możliwości zabrać ze sobą całego sprzętu, a wręcz niezbędne było ograniczenie go do minimum… zabrałem ze sobą 1 puszkę DX (z matrycą APS-C) i 2 obiektyw 50/1.8 oraz 10-20/4-5.6 (gdzie zwłaszcza 50mm jest mikroskopowych rozmiarów) – oczywiście przed wyjazdem stres – „że będą fajne kadry a szkieł nie będzie”, „czy taki sprzęt wystarczy?”, „a może zabrać coś jeszcze?” itd. Itd. – na wyjeździe okazało się, że taki set jest mały, poręczny, że wystarcza, że nie rzucamy się w oczy z pół metrową „lufą”, że nie konamy po powrocie do hotelu z na wpół „urwanym” kręgosłupem, a z przywiezionych zdjęć jestem zadowolony, lub bardzo zadowolony (powstało wtedy kilka moich uważam najlepszych zdjęć na chwilę obecną). Ja 10-20 i tak używam prawie jak stałki 10mm (ekwiwalent 15mm na FX czyli pełnej klatce), i ogólnie dzięki temu już wiem że mógłbym pojechać tam jeszcze raz wyposażony tylko w stało ogniskowe obiektywy 10 i 50mm (ekwiwalent na pełnej klatce to 15 i 75mm) – oczywiście, w mieście z piękną architekturą przydałby się statyw i obiektywy z Swiftem do korekcji perspektywy, jednak z racji, że kosztują one słono, mało kto je posiada, a jeszcze mniej osób nawet posiadając takie obiektywy zabiera je na takie wyjazdy jak ten.

Oczywiście dochodzi jeszcze kwestia wyboru np. „2 zoomy czy kilka stałek?” jednak poświęcę temu osobny odcinek.

Zabierajmy i kupujmy to, co rzeczywiście jest nam niezbędne i czego wiemy że będziemy używać – naprawdę nie ma sensu zabierać ze sobą ogromnych kilogramów sprzętu, którego i tak nie wykorzystamy (już nie mówiąc o naszym portfelu). Często i z przyjemnością używany sprzęt to dobry sprzęt – po co kupować obiektyw czy filtr, którego użyjemy np. raz w roku? Później dochodzi do absurdalnych sytuacji, kiedy zamiast skupiać się nad tym co fotografujemy, myślimy jakiego użyć obiektywu, a przecież nie o to chyba chodzi prawda?

Najważniejszą sprawą po za obsługą, jest poznanie możliwości swojego sprzętu i walka z przeciwnościami bo najczęściej da się je przezwyciężyć w ten czy inny sposób – wystarczy chcieć. Słabszy sprzęt nigdy nie będzie oznaczał, że automatycznie robimy słabsze zdjęcia – warto o tym pamiętać. Tematem na odrębną historię jest analiza wymogów technicznych a jakoś naszego sprzętu przy wydrukach wielkoformatowych – tam już jakość ma znaczenie ale o tym innym razem…